Nie jestem pewien, czy na taki turniej jak ten chce się komukolwiek przyjeżdżać - poza dobrze opłaconymi arcymistrzami oczywiście. Nie bardzo wiem komu chce się takie wydarzenia sponsorować - a pieniądz to niebagatelny. Ale dortmundzki turniej trwa i szóstka zawodników do krwi ostatniej walczy o zwycięstwo, prestiż oraz forsę. Wynik: 16 remisów na 21 rozegranych partii. Jedenaście razy zawieszenie broni podpisywano przed 30 posunięciem. Doprawdy 'bojowe' szachy.Zaszczytny tytuł turniejowego berserkera jak zwykle dzierży Wołodia Kramnik. Jego żądza zwycięstwa, zdolności taktyczne oraz nieposkromiona waleczność wzbogaciły historię o kolejne remisy: dwa 19-posunięciowe, jeden 24- i jeden 25-posunięciowy. Moc w nim jest silna. Tuż za nim jednak, jak cienie podążają Peter Leko i Etienne Bacrot z równie imponującą liczbą sześciu nieco tylko dłuższych, pokojowo zakonczonych pojedynków.
W takich okolicznościach przyrody najmilej ogląda się grę zamykającego tabelę Arkadego Najdycza. Nic to, że przegrał trzy partię: gdyby nie jego udział, żadne dotychczasowe starcie nie przekroczyłoby granicy przyzwoitości, czyli 50 posunięcia! Tym razem kurs na obosieczne warianty nie sprawdził się, ale bez niego mielibyśmy najpewniej dwie partie rezultatywne w siedmiu rundach i pięciu graczy wspólnie na prowadzeniu.
Szczęściem w nieszczęściu bojowy duch nie wypalił się jeszcze w Magnusie Carlsenie. Wygrał to co powinien, czyli dwie trudne końcówki z Najdyczem i Jakowienką, w pozostałych pojedynkach cisnął jak się dało. Ale nawet on niewiele jak dotąd dostarczył zabawy kibicom.
Summa summarum w Dortmundzie nic się nie zmieniło: lobby remisowe trzyma władzę. Do jego stałych czlonków, czyli Kramnika i Leko chętnie dołączył absolutnie bezbarwny Bacrot, a i Jakowienko nie pokazał zbytniej ochoty na udowadnianie, że jest najwyżej notowanym rosyjskim szachistą. Jednym słowem: nuda.
Mogliby ten monopol rozbić Iwańczuk, Szyrow, Kamski... Ale oni chyba wiedzą, że głową muru nie przebiją.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz