środa, 8 lipca 2009

Kasparow w polityce. Ale po co?

To nie jest wyrównany pojedynek.

O ile można się jeszcze spierać czy Rosją rządzą Władimir Putin z Dmitrijem Miedwiediewem, czy sam tylko Putin, o tyle trudno mieć wątpliwości co do tego, że ten stan się utrzyma. Rosyjscy decydenci to ludzie FSB, a FSB to dawne KGB, które do współrządzenia nie dopuści żadnej opozycji tak długo, jak długo będzie miało pełne poparcie noworuskiej oligarchii. Casusy Litwinienki i Politkowskiej jedynie potwierdzają wielkość zamrażarki, w jakiej znalazła się rosyjska demokracja.

Ale na horyzoncie świta iskierka nadziei. Pojawił się ktoś, kto (teoretycznie) może przełamać ten impas. Rodem Żyd, pochodzeniem Azer, sercem Rosjanin, talentem świata obywatel. I były mistrz świata w szachach przy okazji. Garri Kasparow we własnej osobie. W 2005 roku porzucił karierę profesjonalnego szachisty dla kariery polityka. Dokładniej: opozycyjnego polityka w reżimowej Rosji.

Ale właśnie: po co?

Do tej pory wynik Kasparowa to jedno aresztowanie podczas demonstracji demokratów, jeden cios szachownicą w głowę, wymierzony ręką zdegustowanego fana i jeden latający sztuczny penis podczas konferencji prasowej. W wyborach prezydenckich przed dwoma laty nie wystartował, bo nikt w Moskwie nie chciał wynająć mu lokalu, który mógłby posłużyć jako siedziba sztabu wyborczego. Rzecz jasna był to absurdalny wymóg ordynacji wyborczej, obliczony na wyeliminowanie tylu niewygodnych kontrkandydatów Miedwiediewa, ilu tylko się da.

Atak przy użyciu szachownicy. Nieskuteczny.

Tyle tylko, że Garri i tak nie ma szans. Żadnych. Nie zostanie prezydentem, chyba że nagle zakocha się w posowieckiej agenturze. Nie wprowadzi koalicyjnego koktajlu Innej Rosji do parlamentu. W opozycyjnym kolektywie ma za sojuszników republikanów, bolszewickich narodowców i ludowców, ale nawet gdyby miał jeszcze masonów, cyklistów i kosmitów nic by to nie dało. On sam twierdzi, że szanse powstaną, kiedy do Rosji zawita poważny kryzys ekonomiczny. Kryzys niby już jest - światowy, a w Rosji panuje cisza jak makiem zasiał. Chciałoby się spytać: gdzie ten przełom mistrzu?

To, że Gazza chodzi jeszcze po tym świecie żywy i zdrowy jest efektem sławy, na którą pracował przez lata i prestiżu, jakim cieszy się w zachodnim świecie. Zabić go nie można, a przynajmniej nie można by tego zrobić bez olbrzymiej awantury, nieporównywalnie większej od tej, jaką wywołało otrucie polonem odszczepieńca Litwinienki. Można za to Kasparowa zmarginalizować, i to się łatwo udaje. W efekcie jako polityk jest on lepiej słyszalny w Nowym Jorku niż w Moskwie; o rosyjskiej prowincji już nie wspominając.

Białymi - Putin, czarnymi - Kasparow...

Trzynasty mistrz świata nie zamierza zresztą w pełni oddawać się politycznej aktywności. Nadal rozgrywa pokazowe partie na całym swiecie. Nadal zaszczyca serwer Playchess.com swoimi cennymi komentarzami do arcymistrzowskich potyczek. Połowę swojego czasu spędza za granicą, udzielając dziesiątek wywiadów w BBC, NBC i innych mediach. Mówi to, co i tak już wiemy. Czy można bardziej bezproduktywnie rozmieniać sławę na drobne?

A mógłby w tym czasie usadzić wreszcie uzurpatora Kramnika, dać po dżentelmeńsku meczową szansę Aleksemu Szyrowowi i stworzyć jakąś mocną konkurencję dla Vishy'ego Ananda...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz