poniedziałek, 13 lipca 2009

Aneks do teorii Nimzowitscha

"Zoltan Arpod Ulf Min Systemsson IV urodził się 29 lutego 1900 roku w Dublinie. Zanim nauczył się mówić, jego rodzina przeprowadziła się do Szwecji, wskutek czego szwedzki stał się jego ojczystym językiem. W wieku sześciu lat nauczył się grać w szachy, szybko ujawniając nieprzeciętny talent. Wkrótce zaczął wygrywać liczne turnieje i stał się jednym z czołowych graczy swego kraju (...) Swoją najslynniejszą partię rozegrał w 1927 roku, przeciwko niezrównanemu Aronowi Nimzowitschowi. Mimo porażki grywał dalej w szwedzkich turniejach aż do roku 1956 (...) W roku 1979 zmarł na wylew krwi do mózgu."

Tyle wyciąg z biografii na stronie www.chessgames.com

Wspomniana wyżej, słynna partia Systemssona miała niezwykły przebieg. To właśnie w niej grający białymi Nimzowitsch po raz pierwszy zastosował swój rewolucyjny koncept 'obrony z nadmiarem'. Po przesunięciu pionka na e5 zatrudnił wszystkie siły - od hetmana po skoczki - w celu pilnowania tego punktu. Dla jego utrzymania poświęcił nawet cztery pionki i zrezygnował z roszady. Szwedzki mistrz walczył dzielnie, jednak zbyt późno zorientował się, że powinien naśladować manierę słynnego rywala i wszystkimi środkami pilnować własnego piona na e6.

Aron Nimzowitsch: "pokonałem Systemssona!"

Zakończony w 24 posunięciach, ekscytujący pojedynek został gruntownie przeanalizowany przez jednego z największych szachowych erudytów tamtych czasów, Hansa Kmocha. Pochwalił on ekscentryczny styl gry zwycięzcy podkreślając, że przeciwko tak świezym, subtelnym i nietypowym ideom w grze środkowej grać było niezwykle trudno nawet zawodnikowi o wysokich umiejętnościach i dużym doświadczeniu.

Mniej więcej w tym samym czasie Nimzowitsch opublikował własne komentarze do owej rozgrywki, nie kryjąc zresztą dumy z jakości swojej gry. Mimo sporej dozy arogancji w słowach zwycięzcy nie śmiano z nim polemizować. Mistrzowie zbytnio byli zajęci szukaniem recepty na obronę z nadmiarem...

Hans Kmoch: "to niewątpliwie partia roku"

...ale też niewykluczone, że od razu doszli do sedna sprawy. Otóż mistrz Systemsson nigdy nie istniał!

Prawda wygląda bowiem następująco: Nimzowitsch, istotnie znany z pewności siebie i arogancji w latach dwudziestych ostro spierał się z szachowym klasykiem, doktorem Siegbertem Tarraschem. Przedmiotem polemiki była ważka kwestia centrum w grze środkowej. Tarrasch, zwolennik zajmowania centrum pionkami czuł niechęć do nowej teorii tzw. hipermodernistów, zakladającej nie tyle zajęcie centrum, co wywieranie na nie nacisku figurami.

I wtedy z pomocą przyszedł mu (zapewne nieświadomie) wspomniany już wyżej Kmoch. W domowym zaciszu sfabrykował partię, która w karykaturalny sposób realizowała 'dziwaczne' idee Nimzowitscha. Efektem była seria 24 'niezwykle głębokich z punktu widzenia strategii' ruchów, które, niestety, były po prostu głupie. Całość tego szalonego żartu można prześledzić tutaj:

Nimzowitsch vs Systemsson


Na plus trzeba jednak zapisać 'Nimzowi' gromki śmiech, jakim wybuchnął po skonfrontowaniu z 'dziełem' Kmocha. Później zawsze nalegał, by w zbiorach jego najlepszych partii uwzględniać ten niewinny żart.

piątek, 10 lipca 2009

W Dortmundzie sypnęło remisami

Nie jestem pewien, czy na taki turniej jak ten chce się komukolwiek przyjeżdżać - poza dobrze opłaconymi arcymistrzami oczywiście. Nie bardzo wiem komu chce się takie wydarzenia sponsorować - a pieniądz to niebagatelny. Ale dortmundzki turniej trwa i szóstka zawodników do krwi ostatniej walczy o zwycięstwo, prestiż oraz forsę. Wynik: 16 remisów na 21 rozegranych partii. Jedenaście razy zawieszenie broni podpisywano przed 30 posunięciem. Doprawdy 'bojowe' szachy.

Zaszczytny tytuł turniejowego berserkera jak zwykle dzierży Wołodia Kramnik. Jego żądza zwycięstwa, zdolności taktyczne oraz nieposkromiona waleczność wzbogaciły historię o kolejne remisy: dwa 19-posunięciowe, jeden 24- i jeden 25-posunięciowy. Moc w nim jest silna. Tuż za nim jednak, jak cienie podążają Peter Leko i Etienne Bacrot z równie imponującą liczbą sześciu nieco tylko dłuższych, pokojowo zakonczonych pojedynków.

Zgadliście: to był remis.

W takich okolicznościach przyrody najmilej ogląda się grę zamykającego tabelę Arkadego Najdycza. Nic to, że przegrał trzy partię: gdyby nie jego udział, żadne dotychczasowe starcie nie przekroczyłoby granicy przyzwoitości, czyli 50 posunięcia! Tym razem kurs na obosieczne warianty nie sprawdził się, ale bez niego mielibyśmy najpewniej dwie partie rezultatywne w siedmiu rundach i pięciu graczy wspólnie na prowadzeniu.

Błędny rycerz Arkady Najdycz.

Szczęściem w nieszczęściu bojowy duch nie wypalił się jeszcze w Magnusie Carlsenie. Wygrał to co powinien, czyli dwie trudne końcówki z Najdyczem i Jakowienką, w pozostałych pojedynkach cisnął jak się dało. Ale nawet on niewiele jak dotąd dostarczył zabawy kibicom.

Summa summarum w Dortmundzie nic się nie zmieniło: lobby remisowe trzyma władzę. Do jego stałych czlonków, czyli Kramnika i Leko chętnie dołączył absolutnie bezbarwny Bacrot, a i Jakowienko nie pokazał zbytniej ochoty na udowadnianie, że jest najwyżej notowanym rosyjskim szachistą. Jednym słowem: nuda.

Mogliby ten monopol rozbić Iwańczuk, Szyrow, Kamski... Ale oni chyba wiedzą, że głową muru nie przebiją.

środa, 8 lipca 2009

Kasparow w polityce. Ale po co?

To nie jest wyrównany pojedynek.

O ile można się jeszcze spierać czy Rosją rządzą Władimir Putin z Dmitrijem Miedwiediewem, czy sam tylko Putin, o tyle trudno mieć wątpliwości co do tego, że ten stan się utrzyma. Rosyjscy decydenci to ludzie FSB, a FSB to dawne KGB, które do współrządzenia nie dopuści żadnej opozycji tak długo, jak długo będzie miało pełne poparcie noworuskiej oligarchii. Casusy Litwinienki i Politkowskiej jedynie potwierdzają wielkość zamrażarki, w jakiej znalazła się rosyjska demokracja.

Ale na horyzoncie świta iskierka nadziei. Pojawił się ktoś, kto (teoretycznie) może przełamać ten impas. Rodem Żyd, pochodzeniem Azer, sercem Rosjanin, talentem świata obywatel. I były mistrz świata w szachach przy okazji. Garri Kasparow we własnej osobie. W 2005 roku porzucił karierę profesjonalnego szachisty dla kariery polityka. Dokładniej: opozycyjnego polityka w reżimowej Rosji.

Ale właśnie: po co?

Do tej pory wynik Kasparowa to jedno aresztowanie podczas demonstracji demokratów, jeden cios szachownicą w głowę, wymierzony ręką zdegustowanego fana i jeden latający sztuczny penis podczas konferencji prasowej. W wyborach prezydenckich przed dwoma laty nie wystartował, bo nikt w Moskwie nie chciał wynająć mu lokalu, który mógłby posłużyć jako siedziba sztabu wyborczego. Rzecz jasna był to absurdalny wymóg ordynacji wyborczej, obliczony na wyeliminowanie tylu niewygodnych kontrkandydatów Miedwiediewa, ilu tylko się da.

Atak przy użyciu szachownicy. Nieskuteczny.

Tyle tylko, że Garri i tak nie ma szans. Żadnych. Nie zostanie prezydentem, chyba że nagle zakocha się w posowieckiej agenturze. Nie wprowadzi koalicyjnego koktajlu Innej Rosji do parlamentu. W opozycyjnym kolektywie ma za sojuszników republikanów, bolszewickich narodowców i ludowców, ale nawet gdyby miał jeszcze masonów, cyklistów i kosmitów nic by to nie dało. On sam twierdzi, że szanse powstaną, kiedy do Rosji zawita poważny kryzys ekonomiczny. Kryzys niby już jest - światowy, a w Rosji panuje cisza jak makiem zasiał. Chciałoby się spytać: gdzie ten przełom mistrzu?

To, że Gazza chodzi jeszcze po tym świecie żywy i zdrowy jest efektem sławy, na którą pracował przez lata i prestiżu, jakim cieszy się w zachodnim świecie. Zabić go nie można, a przynajmniej nie można by tego zrobić bez olbrzymiej awantury, nieporównywalnie większej od tej, jaką wywołało otrucie polonem odszczepieńca Litwinienki. Można za to Kasparowa zmarginalizować, i to się łatwo udaje. W efekcie jako polityk jest on lepiej słyszalny w Nowym Jorku niż w Moskwie; o rosyjskiej prowincji już nie wspominając.

Białymi - Putin, czarnymi - Kasparow...

Trzynasty mistrz świata nie zamierza zresztą w pełni oddawać się politycznej aktywności. Nadal rozgrywa pokazowe partie na całym swiecie. Nadal zaszczyca serwer Playchess.com swoimi cennymi komentarzami do arcymistrzowskich potyczek. Połowę swojego czasu spędza za granicą, udzielając dziesiątek wywiadów w BBC, NBC i innych mediach. Mówi to, co i tak już wiemy. Czy można bardziej bezproduktywnie rozmieniać sławę na drobne?

A mógłby w tym czasie usadzić wreszcie uzurpatora Kramnika, dać po dżentelmeńsku meczową szansę Aleksemu Szyrowowi i stworzyć jakąś mocną konkurencję dla Vishy'ego Ananda...

poniedziałek, 6 lipca 2009

Szachy, wojna i... alkohol

A nawet dużo alkoholu. Tak, tak wlaśnie wyglądał spory fragment życia czwartego mistrza świata - Aleksandra Aleksandrowicza Alechina.

Syn bogatego właściciela ziemskiego, sybaryta, koneser brandy, ale też wielce nieszczęśliwy i uwikłany w tryby okrutnej historii człowiek, który mimo wszystko zdołał przejść do historii jako szachowy geniusz.
Inne oblicze Alechina: wielki miłośnik kotów.

Z pewnością grywał dziesiątki ważnych partii po kilku głębszych. W 1935 roku nie było juz co do tego wątpliwości: Alechin ma poważny problem alkoholowy. Na jego nieszczęście był to akurat rok w którym miał się odbyć kolejny mecz o tytuł mistrza świata, a Alechin stawał do niego jako obrońca tego tytułu. W walce z Maxem Euwe, holenderskim pretendentem do szachowej korony, zasiadał do gry mocno wstawiony. Napoje wyskokowe poważnie osłabiły jego meczową kondycję. Po szybkim wyjściu na prowadzenie i solidnej grze w środkowej części meczu wyczerpany Rosjanin przegrał cztery z ostatnich dziesięciu partii, notując na finiszu jedno jedyne zwycięstwo, które tylko odłożyło utratę mistrzowskiego tytułu.

Po przyznaniu się, w nieformalnym gronie, do alkoholizmu Alechin zaczął mozolnie odbudowywać formę. Na rok rzucil palenie i wszelkie formy etanolu. Akceptował tylko mleko oraz szachowe biuletyny z najnowszymi partiami Euwego, które na bieżąco analizował, oczekując rewanżu. Nie musiał czekać długo. Holenderski czempion, znany z nienagannych manier, zaproponował swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi ponowny pojedynek już w dwa lata po pierwszym starciu. Wynik: 10 zwycięstw, 11 remisów i 4 porażki; rzecz jasna na korzyść Alechina.

"Bourbon mnie wypełnia, nie mogę grać"

Pociąg do kieliszka co chwila rodził to śmieszne to straszne sytuacje. Któregoś razu Alechin, powracając z baletów wraz ze swym przyjacielem i rywalem Bogolubowem, wpadł na szatański pomysł. Znając słabe nerwy innego ze swych wielkich przecwników - Rubinsteina, zapukał wraz z towarzyszem do drzwi polskiego arcymistrza, podając się za rosyjskiego policjanta. Przerażony Akiba opuścił hotel przez okno by następnego dnia nie pojawić się już na turniejowej sali. Innym razem wstawiony maestro po wykonaniu krótkiej roszady próbował wykonać też długą, używając wieży i hetmana. Jego skonsternowany przeciwnik zaprotestował, co najwyraźniej otrzeźwiło zawianego Rosjanina, bo po wykonaniu przymusowego ruchu dotkniętą już wieżą szybko rozprawił się z konkurentem.

Zwykle jednak nie było tak wesoło. Alechin miał nieszczęście żyć w czasach dwóch wielkich wojen. Pierwsza skończyła się dlań raną, odniesioną w carskim korpusie medycznym oraz cudownym ocaleniem z rąk czekistów krótko po sukcesie Rewolucji Październikowej. Po wybuchu drugiej
stanął do walki w obronie swej przybranej ojczyzny - Francji by później, jako jeniec, zostać zmuszonym do gry "w barwach" Trzeciej Rzeszy. Pod groźbą utraty nie tylko wolności ale też życia, Rosjanin sygnował swoim nazwiskiem szereg antysemickich artykułów, zatytułowanych "O Wyższości Szachów Aryjskich Nad Żydowskimi".

W jednej chwili stał się persona non grata wśród szachowych osobistości Europy. Zapomniano, że w chwili wybuchu wojny, jako kapitan francuskiej drużyny szachistów pierwszy odmówił przystąpienia do gry z Niemcami podczas olimpiady w Buenos Aires. Zapomniano, że ograbiony z majątku i szykanowany przez nazistów Sasza musiał z czegoś żyć i jednocześnie chronić dzielącą z nim los żonę. Zła fama o Alechinie poszła w świat tak daleko, że dziś mało kto wie, jaka była ostatnia lektura w jego życiu. A byl to anynazistowski pamflet "Wybrane rasy" autorstwa Margaret Sother.

Sześćdziesiąt trzy lata po śmierci Alechina warto mimo wszystko zwrócić mu honor.

Ufundowany przez FIDE nagrobek mistrza na paryskim Montparnasse.